wtorek, 5 lutego 2013

Dobra, jest zabawa

Na potrzeby życiowych przemyśleń moją nieustającą inspiracją jest Marcin, magisterki i praca moich przyjaciół w Polsce - nie dajcie się. Przestrzegajcie zasad BHP - w domu i w pracy. (Gdzieś ostatnio wyczytałam, że kariera stała się u progu XXI wieku "elegancką formą niewolnictwa" i nie trzeba już nadzorców, bo ludzie rywalizując sami siebie nadzorują lepiej, niż zrobiłby to ktokolwiek inny). Dla tych, co nie wiedzą: BHP= bezpieczeństwo i higiena pracy. Nie pracować więcej niż 14 h na dobę, pić coś poza colą i kawą, spojrzeć za okno co 1 h. Tymczasem w Norwegii robimy sobie długie przerwy na gotowanie wody na herbatę. Dziś wypytałam Sindre o narty biegowe i telemarkowe. Siup siup. Pora wyjąć kartę kredytową.

niedziela, 3 lutego 2013

Praca magisterska - życiowa konieczność czy bezsensowna męczarnia

Dziś troszkę refleksji na temat zasadności posiadania tytuły magistra przed nazwiskiem. Właściwie nie tyle zasadności, bo generalnie wykształcenie bardzo przydaje się do wykonywania pracy marzeń, ale o zasadności zadawania sobie cierpienia z tym związanego. Inspiruje mnie Marcin i wielu innych, którzy przeżywają wielki ból, pracując, pisząc, rysując i nie mogąc skończyć pracy magisterskiej. Przy okazji, rodziny i bliscy też cierpią.
Czemu nie można po prostu tego skończyć?
Czy dyplom jest symbolem wkroczenia w dorosłość, której po cichu boi się każdy z nas? Końcem beztroskiej studenckiej zabawy? Z pewnością nie dla Marcina, jego zabawa dawno się skończyła, a od tego czasu trwa kolejna, dużo lepsza, dla której dyplom nic nie zmieni.
Dla wielu innych nie-magistrów zabawa także dawno się skończyła.
W każdym razie - tu już pytanie do architektów - czy ten dyplom musi być idealny? Czy rzuty muszą być skończone? Czy meble na wszystkich kondygnacjach muszą być wrysowane? Czy nie można tego po prostu oddać? Po co się męczyć nad tym przez rok (rekordziści dużo dłużej), skoro, nominalnie, jest na to tyle miesięcy, co na każdy inny projekt?

Bond wzywa do opanowania, zachowania zdrowego rozsądku i wzięcia się za robotę. Pozdrawiam wszystkich ciężko pracujących nad dyplomem i posyłam falę wspierającej energii prosto z Norwegii.

No właśnie, co w Norwegii? Tygodnie upływają pod znakiem pracy. Weekendy pod znakiem pracy. W połowie lutego oddajemy 10% projektu budynku, który projektuję. Będzie więc święto, ale przedtem trzeba popracować. Tymczasem trzeba też chodzić na siłkę i norweski. Marcin jest tu już trzeci weekend z rzędu, spędza go przed komputerem, klikając w niezmierzoną (ale skończoną) przestrzeń cada. Ja w tym czasie wspieram go wyszukując i obrabiając zdjęcia wybranych przykładów domów starców / domów dla wszystkich pokoleń / itd. Zrozumiałam, że polska terminologia może nieco wprawiać w zakłopotanie - bo co my właściwie rozumiemy przez dom starców?

Przeglądam właśnie zdjęcia z naszych wizyt w bergeńskich domach opieki (omsorg = opieka).

W ferworze walki dla dodania sobie otuchy przypominam sobie słowa Goethego śmiałość ma w sobie geniusz, moc i magię. Gdy awanturuję się, że dyplom ma być skończony w marcu (stąd śmiałość - bo obrona w marcu to wybitnie śmiały plan), a potem już tylko wycieczki, rowery i romantyczne spacerki, to właśnie ten werset sobie powtarzam. Albo Calvin Coolidge: uparte dążenie do celu i determinacja mogą zdziałać cuda.
Pytanie, co jest celem i czyim.

niedziela, 13 stycznia 2013

Jul oraz... jak byc bardziej norweskim?


Święta, Święta i po Świętach.

Od dawna nie pisałam, co wiązało się z kryzysem internetowym i kilkoma innymi kryzysami.

Co wydarzyło się przez ostatni dwa miesiące? Generalnie niewiele :) Wciąż nie noszę bluzek od Prady, ale za to dorobiłam się puchowych rękawic (dzięki mojej mamie :) ), które chronią moje delikatne dłonie przy 15-ostopniowych mrozach.  Przy takiej pogodzie dodają więcej uroku niż niejeden dizajnerski ciuszek.

O czym warto wspomnieć? Może o mojej wizycie w Stockholmie w grudniu. Odwiedziłam Ivanę w Gote (pomimo dwóch lat studiów w tym mieście, pierwszy raz widziałam Goteborg pod śniegiem!!), a potem pojechałyśmy do Fabiena i Alex do Stockholmu. Z Mediolanu przyleciała też do nas Alice.
Miasto piękne, zaśnieżone, zimne. Polecam na zimowe wypady :) Wszystko oczywiście przybrane lampkami i gotowe na święta. Ponieważ akurat na początku grudnia spadło tam wyjątkowo dużo śniegu, całe miasto, a zwłaszcza ta cześć, gdzie mieszkają Alex i Fabien, wydawały się jak wyjęte z lodowatej bajki. Troszkę zwiedzaliśmy, ale głównie jedliśmy słodycze (fika, fika, wieczna fika - jak na zdjęciu obok).

Zdjęcia poniżej zawdzięczamy mnie, Fabienowi i Ivanie.

Zabawa w okolicach pałacu.

Noclegownia.



Atak zimy.



A tu my wszyscy razem w kuchni Alex i Fabiena (Ivana za aparatem).

Na Święta wróciłam do Polski. Bardzo mi było miło zobaczyć wszystkich, których zobaczyłam :) Udało się też wyskoczyć na czterodniowe narty u naszych południowych sąsiadów.

Po powrocie do Oslo rzuciłam się w wir pracy, bo za tydzień oddajemy pierwszą fazę naszego projektu. Nowy rok, nowe wyzwania :)

Teraz z serii JAK BYĆ BARDZIEJ NORWESKIM:

Tilskuere på skiWybrałam się na spacer nad Sognsvann (jezioro na północy Oslo), po którym śmigali biegówkarze. Kilka dni wcześniej słuchałam audycji w NRK, w której zastanawiano się, co jest typisk norsk... na co większość ludzi pytanych na ulicy odpowiadała bez chwili wahania ga pa ski (czyli iść na biegówki)! W weekendy metro wypełnia się wysportowanymi chłopcami i dziewczętami, rodzicami z dziećmi, dziećmi bez rodziców, starymi dziadkami... wszystkimi uzbrojonymi w narty do biegania. Nie można być Norwegiem i nie jeździć na nartach (na zdjęciu król Haakon i jego żona Maud na skitur w 1922 roku - więcej zdjęć w fascynujących zbiorach muzeum narciarstwa i oficjalnej stronie pałacu). Dlatego kolejny cel do zrealizowania (w ramach wtapiania się w norweskie społeczeństwo) to właśnie zakup biegóweczek. Moje urodziny upłynęły więc pod znakiem poszukiwania sprzętu. Sprzętu przecenionego. Niestety, jest środek sezonu, więc chyba muszę jeszcze poczekać. Natomiast wszędzie poza sklepami sportowymi w najlepsze dzieją się wyprzedaże, co skłoniło mnie do zakupu angorowego sweterka w kolorze koralowym.

Ale nie samym sportem człowiek żyje. Z ust Norwegów nie schodzą ostatnio gorące informacje z morza. Ściślej - spod wód u wybrzeży Bergen. Marcin i jego dzielna drużyna badają wrak niemieckiej łodzi podwodnej U-864 (z tej okazji biurko Marcina było w telewizji...) . Ten stalowy wielotonowy potwór leży tam sobie od wielu dziesięcioleci, pozostawiając kolejne rządy w konsternacji. Niestety, ostatnio zaczęto obawiać się przecieków z kontenerów przewożących na pokładzie rtęć. I rzeczywiście, stwierdzono jakieś tam zanieczyszczenie okolicznych wód. To zmusiło Norwegów do szybkiego działania. W sercu tych działań znalazł się Marcin (efekty jego pracy wyglądają jak to tęczowe 3D).
Polecam dokument o operacji Cezar.

Ostatni gorący temat wart wspomnienia (gorący niezmiennie każdego roku!) to noworoczne postanowienia. Muszę do tego podejść zanim skończy się styczeń. Ci, którym nieobce są nauki Braiana Tracyiego, wiedzą, że bez celów nie sposób żyć. I Brian ma tu good point.